Sztokholm – ekspresowa przygoda

Tekst i zdjęcia: Piotr Dudulewicz

Całkiem niedawno, bo w lutym tego roku wybraliśmy się z Kasią na weekend do Sztokholmu. W całej tej wyprawie nie chodziło nam jednak tak bardzo o Sztokholm jak o nas. Stolica Szwecji miała być tylko tłem dla naszej weekendowej przygody, której potrzebowaliśmy jako związek tak jak Muzeum Wazy potrzebuje lepszej wentylacji.

Ponieważ bardzo nie chcieliśmy pójść z torbami planując wyjazd założyliśmy, że zwiedzimy miasto pieszo, a ilość płatnych atrakcji ograniczymy do minimum.

Po krótkim locie i trwającym tyle co lot półtoragodzinnym przejeździe autobusem (tak, czas trwania niektórych wydarzeń jest względny) znaleźliśmy się na Dworcu Centralnym w Sztokholmie. Tu szybka toaleta, zaprowiantowanie się i byliśmy gotowi do eksploracji. Z entuzjazmem w sercu oraz równie ważnym kubłem kawy i cynamonową bułką w rękach, wyruszyliśmy w stronę Starego Miasta. Na miejscu powitała nas przestrzeń: wspaniałe, masywne, zabytkowe budynki o ciepłych barwach rozlały się przed naszymi oczami wzdłuż brzegów wysp i wysepek, na których zbudowane jest miasto, tworząc przyjemną dla oka panoramę. Bez mapy, z dziecięcą ciekawością daliśmy się prowadzić nadbrzeżnymi promenadami i wciągać w głąb wąskim alejkom. Odkrywaliśmy kolejne place, małe i duże pomniki, (czasem lądując dwa razy w tym samym miejscu), przemierzaliśmy mosty, wspięliśmy się na punkt widokowy Katarina Elevator, aż w końcu dotarło to do nas: tu nigdzie nie jeżdżą samochody!

Widok z Katarina Elevator

Zaplanowane w 2017 roku uwolnienie jak największych części centrum miasta od ruchu kołowego i oddanie ich pieszym turystom (czyli mojej żonie i mi!), oraz rowerzystom jest obecnie w trakcie intensywnej realizacji. Radykalne posunięcie władz miasta wystrzeliło Sztokholm na szczyt rankingu „zielonych” miast świata. I choć miejsca na faktyczną zieleń jest w centrum bardzo niewiele i zdecydowana większość jego przestrzeni jest wybrukowana, wykafelkowana lub wyasfaltowana to niezwykle przyjemnie było nam przechadzać się w czystym powietrzu po niezatłoczonym, nietrąbiącym co chwile mieście, jasnym od stalowego światła leniwie płynących kanałów.

Po wykonaniu 14.000 kroków i otrzymaniu pucharu od naszego krokomierza zaczęliśmy orientować się w układzie miasta. Głównym punktem odniesienia w czasie naszych spacerów i równocześnie największą atrakcją była niewielka wyspa Stadsholmen dociążona od północy gigantycznym, barokowym klocem Zamku Królewskiego i szczelnie wypełniona średniowiecznym Starym Miastem – Gamla Stan.

Widok na Zamek Królewski

To właśnie ze wschodniego nadbrzeża Stadsholmen popłynęliśmy promem do naszej pierwszej zaplanowanej atrakcji – Muzeum Wazy. Przyjemny, niedługi rejs dał nam czas na wyciągnięcie nóg i opróżnienie plecaków z prowiantu. Niedaleko od kei gdzie przycumowaliśmy czekał na nas najbrzydszy budynek świata – olbrzymia nieforemna stodoła z masztem na szczycie – skrywający absolutnie niezwykłą atrakcję – siedemnastowieczny galeon wyłowiony z dna Bałtyku.

Muzeum Wazy widać w lewym górnym rogu zdjęcia

Wewnątrz muzeum panował półmrok i lekki zapach butwienia. Olbrzymi ciemnobrązowy okręt można było zwiedzać z dwóch pięter okalających go tarasów. Dawały one możliwość przyjrzenia się statkowi z dowolnej perspektywy ale już nie dotknięcia go czy wejścia na pokład: moje wewnętrzne dziecko zostało rozczarowane. W związku z tym wziąłem przykład z Kasi wnikliwie wczytującej się w tabliczki informacyjne ustawione przy eksponatach kolejnych ekspozycji tematycznych: co jedli na statku, jak budowano galeony, taktyka stosowana w bitwach morskich, rola kobiet w siedemnastym wieku- bynajmniej nie błaha… obszernej wzmianki doczekał się też Mistrz Henryk główny architekt i konstruktor w początkowej fazie budowy okrętu. Niefortunnie w czasie swojego dziewiczego rejsu jego dzieło zatonęło, wyniku błędu projektowego oczach tysięcy Sztokholmczyków. Mistrza Henryka wśród nich nie było gdyż zmarł przed zakończeniem budowy okrętu…

Zmierzchało już kiedy wyszliśmy z muzeum otumanieni po półtoragodzinnym zwiedzaniu. „Jeść!”.

Do miejsca naszej kolacji – Meatballs for the People – dotarliśmy w 15 minut autobusem komunikacja miejska w Sztokcholmie rządzi!. Miejsce znalezione przez Kasię na blogu „Głodna Podróży” przywitało nas pogodną, żywą atmosferą. Na stolik musieliśmy chwilę poczekać ale było warto. Kosztowanie mięsnych kulek z dzika, z łosia, z owcy oraz z krowy, maczanych w dwóch różnych sosach, popijanych miejscowym piwem i zagryzanych żurawiną było podróżą samą w sobie, popsutą jednak nieco przez naszą rosnącą świadomość ekologiczną.

Z restauracji wyszliśmy w podniesionych nastrojach. Dobra muzyka w starym stylu i piwo zrobiło swoje. Dodatkowo bardzo byliśmy ciekawi miejsca naszego noclegu – zacumowanego na wschodnim brzegu Starego Miasta, przysposobionego na hotel jachtu. Ruszyliśmy więc w jego kierunku przez nocne miasto rozmawiając o przeżytym dniu. Po drodze w okolicy przejścia pod torami w nieco gorzej oświetlonym zaułku spotkaliśmy grupkę szczurów nieskrępowanie buszujących po chodniku. Reakcji rozradowanej Kasi „zobacz jakie słodkie!” nie zapomnę do końca życia.

Nasze obawy dotyczące spania na jachcie – że będzie zimno, że będzie kołysać nie sprawdziły się. Za to ku naszemu zaskoczeniu otrzymaliśmy kajutę większą niż myśleliśmy – umieszczoną na końcu korytarza dziobową kajutę kapitańską. Wnętrze miało nachyloną podłogę tak, że aby dotrzeć do łazienki umiejscowionej na przeciwko drzwi wejściowych trzeba było iść trochę pod górę. A nasze łóżka trzymały poziom nie tylko wygodą materaca czy czystością pościeli ale również dzięki skróconej jednej parze nóg. Bardzo spodobał mi się marynistyczny, nieco starodawny klimat statku, Kasia natomiast zafascynowała się byłą właścicielką jachtu – powojenną multimilionerką i celebrytką której niezwykłą historię życia przeczytała na Wikipedii bo mieliśmy darmowe wi-fi 🙂

Kolejnym plusem noclegu na jachcie był śniadaniowy szwedzki bufet. Wysoka ocena kateringu na statku wystawiona przez internautów była jedną z głównych przyczyn dla których Kasia zdecydowała się zarezerwować nam nocleg właśnie tutaj. W jasnej, werandowej części jadalni pałaszowaliśmy szwedzkie, śniadaniowe przysmaki jednocześnie delektując się widokiem na szeroki pokryty krami kanał i część Starego Miasta.

Wyposażeni obficie w kalorie i kofeinę oraz uknuty w czasie śniadania plan dnia ruszyliśmy w miasto. Drugiego dnia Sztokholm wydał nam się przyjemnie znajomy. Spacerując po małej Skepssholmen i jeszcze mniejszej Kestellholmen – dwóch połączonych mostami wysepek z przyjemnością prześledziliśmy wzrokiem prawie całą drogę, którą przemierzyliśmy dzień wcześniej, włącznie z trasą promu do Muzeum Wazy. Później jeszcze raz powałęsaliśmy się po średniowiecznych uliczkach Gamla Stan, jej urokliwych sklepikach ze starociami, rynkiem, ciekawymi zakątkami i najwęższą ulicą miasta – słynną Mårten Trotzigs gränd oraz zjedliśmy polecone (znów przez Głodną Podróży) śledziowe fishburgery z budki. Wspominamy też jak z głównej promenady, przy moście Strombron, wraz z japońską rodziną obserwowaliśmy jak łabędzie, mewy, kaczki krzyżówki, łyski i nasze ulubione kaczki czernice z zawadiacką grzywką przepychają się do wystawionego na specjalnym pomoście koryta z karmą dla ptaków.

Mając wciąż ważne 24 – godzinne bilety metropolitalne na koniec postanowiliśmy zwiedzić słynne ze swojej niezwykłej architektury i artystycznych dekoracji stacje metra – Kungsträdgården, Sola Centrum i Rinkeby ale coś musieliśmy spieprzyć przy którejś z przesiadek bo wylądowaliśmy na jakimś zadupiu jedząc czekoladę w oczekiwaniu na pociąg powrotny do centrum.

Zdarza się. Na szczęście nie spóźniliśmy się na autobus na lotnisko. A stratę zrekompensowaliśmy sobie korzystając z darmowego wi-fi i oglądając dobry film – „The Land of Steady Habits” na Netflixie.

I tak oto skutecznie udało nam się dokonać wyrwy w rutynowym ciągu zdarzeń naszego małżeństwa i pozwolić by sztokholmskie wrażenia odcisnęły się na naszej, prawie już czterdziestoletniej taśmie pamięci bardziej wyraziście niż większość zapisanych na niej dni.

Koszty (dla zainteresowanych):

23 luty

lot z Gdańska do Skavsta pod Sztokholmem liniami Ryanair. Godzina wylotu 8.40, przylot 9.55. Cena 96 zł Za dwie osoby. Rezerwacja przez skyskanner.com w grudniu.

Transport autobusem z lotniska do dworzec Stockholms Centralstation. 10.30 godzina wyjazdu, 12.00 przyjazd. Cena 120zł za dwie osoby. Rezerwacja na https://www.flygbussarna.se/pl

toaleta koedukacyjna 4,5 zł – płatność kartą

kawa i bułka cynamonowa na dworcu autobusowym w ichniej żabce – Pressbyran – 2x12zł

Lody w Glassbaren na Gamla Stan – dwie gałki 20zł – całkiem dobre i duże

Karnet 24 godzinny na prom ważny też w tramwajach, autobusach i metrze, kupiony przed wypłynięciem do Muzeum Wazy w portowym terminalu Stockholm Slussen kajen 2 x 65 zł. Czas rejsu około 15 minut. (Sama karta warta jest 10 zł ale nie można jej zwrócić warto więc zostawić na następne wizyty w Sztokholmie).

Muzeum Wazy. Weszliśmy o 15.30 – zamknięcie o 17.00. 2×65 zł

Restauracja Meatballs for the People, ul. Nytorgsgatan 30 130 zł za talerz kulek mięsnych dla pary z żurawiną, pieczywem z masłem i piwem. Najedliśmy się.

Zakupy w delikatesach Coop, lekki prowiant na wieczór i drugi dzień. 36 zł

Nocleg ze śniadaniem w Malardrottningen Yaht Hotel. Rezerwacja na booking.com. 431 zł.

24 luty

Fishburgery w budce na południowym brzegu Gamla Stan. 2 x 36 zł

toaleta koedukacyjna na Dworcu Centralnym 4,5 zł

Prowiant na drogę oraz kawa z bułką cynamonową i pamiątki dla naszych dzieci w Pressbyren na Dworcu Centralntym. 68 zł

Autobus powrotny na lotnisko z Dworca Centralnego. wyjazd 15.30 przyjazd 17.10. 120 zł.

Przelot do Gdańska liniami Wizzair. 18.00 start, 19.05 lądowanie. 183 zł

Koszt całkowity 1569 zł